Strona główna / Literatura światowa / Miłość, zdrada i spaghetti

Zaproszenia

07.02.2012

Każda mama jest superbohaterką!

Podziel się z nami historią o niezwykłym bohaterstwie Twoich bliskich i wygraj rodzinny wyjazd do Pensjonatu „Karkonoski” w Karpaczu oraz bestsellerową powieść „Ocal mnie”.

Wydarzenia

09.02.2012

Wyniki konkursu SMS - wygraj romantyczną kolację dla dwojga!

"Spakowałam do walizki urlopowe słowa  i na Wakacje w Italii już jestem gotowa!"  - oto zwycięskie hasło.

Wywiady

26.01.2012

W każdym z nas jest tęsknota za nowym początkiem

Rozmowa z Renatą L. Górską, autorką powieści "Błędne siostry"

Posłuchaj i zobacz

01.02.2012

Nowa powieść Małgorzaty Wardy

Zapraszamy do obejrzenia zwiastuna powieści "Dziewczynka, która widziała zbyt wiele".

Bestsellery

TOP 20 - STYCZEŃ 2012

  1. Każdy szczyt ma swój Czubaszek Artur Andrus, Maria Czubaszek
  2. Tam gdzie ty Jodi Picoult
  3. Dallas '63 Stephen King

Fotogaleria

więcej »

Miłość, zdrada i spaghetti

Giulia Melucci

Kit Fraser wolałby drinka

(…)
Pomimo moich obaw zostaliśmy parą. Kit ze swojej strony nie robił nic, żeby te lęki podsycić. Nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że traktuje nasz związek poważnie. Zawsze dzwonił, kiedy obiecał że to zrobi. Nosił moją torebkę, jeśli szliśmy gdzieś razem, a torba była ciężka. Z radością odbył godzinną podróż pociągiem do mojej mamy w Bay Ridge, gdzie akurat spędzałam sobotni wieczór, chociaż mógł zostać tylko godzinę. Na początku jedyną osobą z problemami w tym związku byłam ja. Poznawanie świata miłości i seksu napawało mnie przerażeniem, wynajdywałam więc trudności, żeby dać pożywkę obawom, których sama nie rozumiałam. Przez pierwszy miesiąc przekonywałam się, że na pewno zaszłam w ciążę, chociaż przy moim wyjątkowym wyczuleniu na punkcie antykoncepcji szanse na to były praktycznie zerowe. Potem uznałam, że Kit jest gejem, bo na imprezie zniknął mi z oczu ze swoim kumplem, Mattem. Nie miałam nawet dosyć oleju w głowie, żeby zachować te wątpliwości dla siebie. Ze wszystkim szłam do Kita, który znosił moje neurotyczne wyskoki jak prawdziwy święty.
W tym czasie otwierał się przede mną jeszcze inny nowy świat, już nie tak pokręcony od problemów. Mieścił się on w kuchni mojego nowego mieszkania, gdzie kuchenka i piekarnik do mojej wyłącznej dyspozycji obudziły we mnie nieznane wcześniej pragnienie, żeby gotować. Kuchnia, którą dopiero co pożegnałam, była absolutnym królestwem mojej matki, przepełnionym w niedzielne poranki aromatem mięsa, smażonego na tradycyjne niedzielne ragù. Jako dziecko dostawałam na śniadanie świeżo ugotowanego, idealnie doprawionego klopsa – z jasnozieloną natką pietruszki wyzierającą z soczystego mięsa smakował nawet lepiej niż ten, który zjadałam wieczorem z już dokończonym sosem. W weekendy matka przygotowywała czasem duszoną jagnięcinę z młodymi karczochami i bobem, pieczoną płastugę w świeżej panierce albo – mniej wyrafinowane ale równie smaczne danie – pieczeń wołową z tłuczonymi ziemniakami.
Moja matka, Janet, była w pierwszym pokoleniu Amerykanką włoskiego pochodzenia, urodzoną na Brooklynie, mój ojciec, Nicola, przyjechał z południa Włoch, żeby w Stanach otworzyć gabinet lekarski. Razem zamieszkali na Brooklynie i spłodzili pięcioro dzieci: trzy dziewczynki i dwóch chłopców, z której to piątki ja byłam najmłodsza. Pomimo stereotypów na temat emocjonalności Włochów moi rodzice nie szafowali uściskami i deklaracjami miłości. Z drugiej strony, kiedy byli na nas wściekli, od razu się o tym dowiadywaliśmy. Tata ciężko pracował, a mama dobrze nas karmiła, i to były główne elementy, w których mogliśmy dostrzec ich miłość i troskę o nasze dobro. Kiedy ojciec nie przyjmował pacjentów do późna, regułą były kolacje z trzech dań. Przy naszym okrągłym kuchennym stole, przykrytym obrusem w jaskrawe wzory i pasującymi do tego serwetkami, zawsze zaczynaliśmy od dania z makaronem, żeby potem przejść do mięsa lub ryby, a następnie do jarzyny. Moja matka ma korzenie sycylijskie, co oznacza, że posiłek nie jest kompletny, jeśli nie ma do niego nic „słodkiego”. Niezmordowana w swojej pogoni za najlepszymi deserami, pokona każdą odległość, jeśli tylko usłyszy o istnieniu dobrej cukierni ukrytej gdzieś w promieniu najbliższych trzech stanów. Jeśli nie wracała akurat z jednej z takich wypraw, zawsze upichciła coś sama: ciasto z kremem kokosowym, czekoladową babkę albo wilgotne racuchy z ricotty, posypane cukrem pudrem.
Dom równał się dla mnie pełnej lodówce. Moja współlokatorka, Jen, i ja byłyśmy w tym temacie zgodne. Jen, wychowana w Westchester Żydówka, uwielbia jeść tak samo jak ja (prawdę mówiąc, nie zaprzyjaźniłabym się z nikim, kto nie lubi jeść) i może zaświadczyć o talentach kulinarnych mojej matki. Nadal wychwala pod niebiosa wszystkie te weekendy, które spędziła w moim rodzinnym domu, kiedy byłyśmy w college’u, mój ojciec jeszcze żył, a matka codziennie przygotowywała wspaniałe posiłki. Jeśli ominęła nas kolacja z powodu wypadu na drinki i tańce w jakimś klubie na Manhattanie, wiedziałyśmy, że po powrocie możemy liczyć na tajemne zapasy w postaci reszty głównego dania, czekające na nas w lodówce. Nie znałam żadnej rodziny, która jadałaby tak jak nasza. Pewnej nocy, kiedy wróciłyśmy do domu, okazało się, że mój brat Nick i jego kumpel John zdążyli się już dobrać do tych resztek.
– Co jecie? – zapytałam, nieco zmartwiona, że dla nas nic już nie zostanie.
– Ja miecznika, a Nick czekoladowy sernik – wyjaśnił John głosem pełnym zdumienia. Czuł się tak, jakby odkrył żyłę złota – wiedziałam, że to właśnie można znaleźć w naszym domu każdego dowolnego dnia.
Pierwszego wieczora, kiedy już uładziłyśmy jako tako rzeczy w naszym nowym mieszkaniu, wybrałyśmy się razem z Jen po zakupy spożywcze do piekielnie drogiego sklepu „dla smakoszy” przy naszej ulicy. Po powrocie upuściłam torbę z butelką oliwy extra virgin, na którą ledwie nas było stać. Szkło rozprysło się na drobne kawałki, oliwa rozlała po kuchennej podłodze. Jen chwyciła za mopa, a ja natychmiast zadzwoniłam do mamy, bo wiedziałam, że zrozumie mój ból z powodu takiej tragedii. To był pierwszy z wielu telefonów, które miałam jeszcze wykonać, aby zakomunikować jej jakąś kulinarną katastrofę. Przez te wszystkie lata prosiłam ją o radę, co zrobić, jeśli zamiast zwykłej mąki użyło się takiej wzbogaconej proszkiem do pieczenia (środek zaradczy znajduje się na opakowaniu), pytałam, jak uratować domowej roboty gnocchi za wcześnie wyjęte z wody (nie da się) i co zrobić, kiedy pieczeń potrzebuje jeszcze jakiejś godziny, a goście czekają już od dobrej godziny, pojadając oliwki i ser (po prostu dolewaj drinki). Matka musiała też wysłuchiwać niejeden raz telefonicznych zwierzeń na temat moich zawodów miłosnych, ale w tym temacie rzadziej miewała gotowe recepty.
Jeśli nawet nie zaszczepiła we mnie umiejętności grania w rozmaite gierki tam, gdzie chodzi o miłość, to przynajmniej wypuściła mnie w świat z wiedzą, jak zrobić łatwy sos pomidorowy. Potrawy, które przygotowywała na moich oczach niezliczoną ilość razy, były tymi samymi, które gotowałam dla Kita w pierwszych dniach naszego związku. Penne z sosem pomidorowym i bazylią to typowe pierwsze danie na kolację w ciągu tygodnia w domu Meluccich; moja matka zawsze kładzie kilka plastrów smażonego bakłażana na dnie każdej salaterki, jako smakowitą niespodziankę. Po makaronie przychodził czas na panierowaną cielęcinę albo filety z kurczaka podsmażane na oliwie z oliwek i maśle, z plasterkami cytryny; na stole niezmiennie pojawiała się też sałata rzymska przybrana talarkami czerwonej cebuli i cząstkami pomarańczy. Tak właśnie wyglądał pierwszy posiłek, która samodzielnie przygotowałam. Zasiadłam do niego razem z Kitem.

Smażone bakłażany
1 bakłażan (najlepiej niewielkiej włoskiej odmiany, jeśli uda się ją zdobyć)
2 łyżki oliwy z oliwek
Sól

Pokroić bakłażana na plastry grubości mniej więcej pół centymetra.
Rozgrzać oliwę na patelni, wrzucić tyle plastrów bakłażana, ile się na niej swobodnie zmieści i podsmażyć aż będą lekko zrumienione po obu stronach. Czasem trzeba dolać oliwy, jeśli patelnia zrobi się za sucha, ponieważ bakłażan wchłania dużo tłuszczu.
Przełożyć plastry na talerz wyścielony dwoma kawałkami papierowego ręcznika. Posypać solą.
Porcja dla 2 osób (i jeszcze trochę zostanie).


Łatwy sos pomidorowy dla dwojga
1 szklanka pomidorów typu „plum” (w całości i koniecznie włoskich, choć przyznaję, że czasem z lenistwa kupuję już pokrojone, ale nie mówcie mojej mamie)
1 łyżka oliwy z oliwek, plus odrobina dodatkowo na koniec
1 ząbek czosnku (lub 2 łyżki drobno posiekanej cebuli)
Szczypta płatków ostrej czerwonej papryki (opcjonalne zarówno tutaj jak i w dalszych przepisach; ja lubię jej używać, kiedy tylko nadarzy się okazja)
Listki bazylii
1 łyżeczka cukru
¼ szklanki czerwonego wina
½ łyżeczki soli
200-225 g makaronu penne
Świeżo starty parmezan, pecorino albo inny tego typu ser do posypania po wierzchu

Przetrzeć pomidory przez sitko albo zmiksować za pomocą blendera (ja stosuję tą drugą metodę), można je też posiekać albo prostu podzielić na kawałki rękami. Rozgrzać oliwę na średnim ogniu, następnie wrzucić na patelnię czosnek (lub cebulę) razem z płatkami czerwonej papryki i 1 całym liściem bazylii. Zmniejszyć płomień (nie wolno dopuścić do zrumienienia się tej podstawy) i smażyć, dopóki czosnek nie nabierze złocistego koloru (albo też cebula się nie zeszkli), dwie do trzech minut. Wrzucić pomidory i zwiększyć znowu płomień do średniego; kiedy sos zacznie wrzeć, dodać cukier, wino i sól. Po około pięciu minutach sprawdzić, czy nie trzeba jeszcze posolić; jeśli smak jest nazbyt kwaskowaty, dodać szczyptę lub dwie cukru. Po jakichś piętnastu minutach zmniejszyć płomień i spróbować. Jeśli wszystkie smaki ładnie się połączyły, sos jest gotowy.
Nastawić wodę w dużym garnku z pokrywką na duży ogień. Kiedy się zagotuje, porządnie osolić (słona woda jest najważniejsza w przypadku wyrazistych makaronów; powinny one mieć śródziemnomorski aromat). Wsypać makaron i ponownie zagotować (zakrycie pokrywką na tych kilka pierwszych chwil pomaga; po prostu należy pamiętać, żeby odkryć garnek, gdy tylko woda znowu zawrze), potem parę razy porządnie zamieszać. Gotować, od czasu do czasu mieszając, aż makaron będzie jeszcze jędrny po rozgryzieniu, ale już bez tej kredowej obwódki w środku (osiem do dwunastu minut, w zależności od rodzaju makaronu). Należy spróbować po jakichś ośmiu minutach, czy jest już gotowy, bo nie da się dokładnie odmierzyć czasu gotowania makaronu.
Ugotowany makaron odcedzić i wrzucić z powrotem do garnka, w którym się gotował. Dodać porządną łyżkę sosu, parę kropel oliwy i kilka listków bazylii porwanych na mniejsze kawałki palcami. Wyłożyć dwie salaterki kilkoma plastrami smażonego bakłażana (resztę można zjeść na lunch następnego dnia, dodając na przykład do kanapki z kotletami, jeśli jakieś zostaną), następnie nałożyć makaron, udekorować każdą porcję łyżką sosu oraz kilkoma kawałkami listków bazylii. Podać do stołu razem z tartym serem.
Porcja dla 2 osób.


Panierowane kotlety
2 jaja, lekko rozbełtane i doprawione ¼ łyżeczki soli
¾ szklanki tartej bułki, doprawionej ¼ łyżeczki soli, świeżo zmielonym pieprzem i 1 łyżką posiekanej natki pietruszki
450g-½ kg cienkich cielęcych kotletów (mogą być z kurczaka, w zależności od naszego nastroju, przekonań czy zasobności portfela)
2 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżka masła
Cytryna

Wlać jajka do miski z szerokim obrzeżem, wysypać przyprawioną bułkę tartą na talerz. Obtoczyć mięso w jajku, a następnie w bułce. Rozgrzać oliwę i masło na patelni postawionej na średnim ogniu i smażyć kotlety aż będą zrumienione po obu stronach i usmażone na całej grubości (po około cztery minuty na każdą stronę, w zależności od grubości). Zwykle trzeba to robić na dwa razy, uzupełniając tłuszcz na patelni, jeśli zajdzie taka potrzeba. Wyłożyć kotlety na talerz wyścielony dwoma kawałkami papierowego ręcznika. Podawać z plasterkami cytryny do wyciśnięcia na wierzchu.
Porcja dla 2 osób.


Sałata rzymska z pomarańczami i czerwoną cebulą
1 główka sałaty rzymskiej
½ małej czerwonej cebuli, cienko pokrojonej i poszatkowanej na około dwucentymetrowe kawałki
2 pomarańcze
1 łyżka oliwy z oliwek
Kropla octu winnego z czerwonego wina
Sól i świeżo zmielony pieprz do smaku

Opłukać i osuszyć sałatę, liście pokroić w poprzek na około dwuipółcentymetrowe kawałki. Wrzucić do miski, zostawiając dosyć miejsca na wymieszanie, dodać cebulę. Usunąć końce pomarańczy, zdjąć skórkę za pomocą noża. Pokroić na plastry grubości pół centymetra, a następnie na ćwiartki, usuwając ewentualne pestki i rzucającą się w oczy białą skórkę. Dodać do sałaty, całość wymieszać z oliwą i octem winnym, przyprawić odrobiną soli i świeżo zmielonego pieprzu.
Porcja na 4 osoby.


Jedliśmy, siedząc na podłodze z talerzami umieszczonymi na kwadratowej otomanie, która pochodziła z mojego rodzinnego domu. Oszczędzaliśmy na stół, ale jako że priorytety są zawsze najważniejsze, wydaliśmy trzy dolary na butelkę concha y toro w naszym miejscowym sklepie monopolowym, gdzie sprzedawca i jego towary znajdują się za kuloodporną szybą, a człowiek musi pokazać palcem, czego sobie życzy. Concha y toro stało z przodu w samym środku, i bardzo dobrze – nie chcielibyście być zmuszeni do wykonywania zbyt wielu skomplikowanych gestów, żeby kupić wino za trzy dolary. Naszym niewyrobionym podniebieniom smakowało ono wystarczająco, doskonałe uzupełnienie tego niewyszukanego jedzenia.
Kit zwykł mawiać, że mamy „zaczarowane” życie, ponieważ choć ledwie było nas stać na wynajem naszych mieszkań, praca wystawiała nas na kontakt z blichtrem, który zadawał kłam naszym wypłatom. Któregoś wieczora byliśmy na wieczorku literackim w domu znanego prezentera telewizyjnego. W jego luksusowym apartamencie z widokiem na Central Park sączyliśmy szampana i skubaliśmy miniaturowe przekąski serwowane na srebrnych tacach. Wędzony łosoś na mini grzaneczkach, szparagi zawijane w szynkę prosciutto, racuchy z serem gruyère i tempura z krewetek, ale jak to zwykle bywa z równie wyrafinowanymi daniami, wszystko w niewystarczających ilościach. Dwie godziny później wracaliśmy metrem, nadal głodni, mając przy sobie do spółki jakieś pięć dolarów, żeby w sklepie na rogu kupić coś na kolację. Zdecydowaliśmy się na paczkę spaghetti, licząc na to, że w lodówce Kita jest jeszcze trochę masła. Mieliśmy więcej szczęścia, znaleźliśmy cztery plasterki bekonu i trzy jajka – wszystkie niezbędne składniki prostej carbonary. Zabrałam się do pracy przy maleńkiej kuchence Kita, a makaron okazał się zdrową odtrutką na tamte wymyślne przekąski. Zostało go nawet trochę na następny dzień – i jeden dolar, który musiał nam wystarczyć do kolejnej wypłaty, przypadającej za tydzień.


Spaghetti carbonara
3 plasterki bekonu, pokrojone w centymetrowe kawałki
Około 350 g suchego spaghetti
3 jaja
¼ szklanki świeżo startego sera pecorino, plus dodatkowo do posypania
¼ szklanki świeżo startego parmezanu, plus dodatkowo do posypania
Sól
Świeżo zmielony pieprz

Podsmażyć bekon aż do chrupkości, po czym osuszyć na talerzu wyłożonym papierowymi ręcznikami.
Ugotować spaghetti. W tym czasie lekko roztrzepać jajka w dużej, żaroodpornej misce, a następnie wsypać oba rodzaje sera.
Ugotowany makaron odcedzić na durszlaku i dodać do miski z jajkami i serem. Wymieszać makaron z masą jajeczną, pozwalając, aby jajka ścięły się na gorącym makaronie (mogą być nie do końca ugotowane – osobiście lubię tę kremowość niedogotowanego jajka, ale jeśli nie podoba Wam się taki pomysł, wrzućcie je na patelnię na małym ogniu i podsmażcie), następnie dodać bekon. Spróbować, jeśli trzeba, doprawić solą i odrobiną pieprzu.
Przełożyć makaron do podgrzanych misek.
Porcja dla 2 osób, plus reszta na później.


Byłam zachwycona za każdym razem, kiedy ugotowane przeze mnie danie wyszło naprawdę nieźle; a działo się to tak często, że wciąż byłam wniebowzięta! Odkrywałam w sobie talent, o którego istnieniu nie miałam dotąd pojęcia. Kitowi smakowały moje potrawy, ale mojego entuzjazmu już nie podzielał. Mój chłopak, człowiek nieskończenie wielu zainteresowań, nie zaliczał w ich poczet jedzenia. Potrafił obudzić się o pierwszej nad ranem ze świadomością, że musi się dowiedzieć wszystkiego, co tylko możliwe, na temat Sergieja Diagilewa i Les Ballets Russes; następnego dnia mogły to być już kolaże Kurta Schwittersa drukowane w Merzu. Ja też nabywałam dzięki tym jego fascynacjom wiedzę z drugiej ręki, ale traciłam cały zapał, kiedy mówił mi, że tak samo jak jego ojciec wolałby po prostu wziąć jakąś pigułkę z niezbędnymi składnikami odżywczymi i mieć z tym wszystkim święty spokój. Ta informacja wprowadziła między nami rozdźwięk. Ja żyłam po to, aby jeść. Kit wolał przyjmować większość swoich kalorii w postaci alkoholu.
Zaczęłam coś podejrzewać, kiedy pewnego wieczora zjawiłam się w jego mieszkaniu wcześniej niż zwykle i odkryłam, że zdążył niemal opróżnić beczułkę Foster’s Lager, podczas gdy druga czekała już w kolejce. Taka ilość piwa wydała mi się całkiem spora, ale nic nie powiedziałam – po prostu upchnęłam tę informację gdzieś na dnie podświadomości, żeby co jakiś do niej wracać i mieć się czym zamartwiać.
(...)