|
Strzępy epopei. Szpital w Cichiniczach. Wrzesień żagwiący. Po klęsce Melchior Wańkowicz |
WRZESIEŃ ŻAGWIĄCY
TE PIERWSZE WALKI
Według opowiadania porucznika Jerzego Lewandowicza
To było w Domu Polskim w Bukareszcie, kiedy napłynęła pierwsza fala. Młody mężczyzna wreszcie doczekał się w kolejce i poprosił o koszulę, ale jej nie otrzymał. Chciał odejść, ale się zachwiał. Podtrzymano go i usadzono na ławie. Okazało się, że jest oficerem, który ma przestrzeloną pierś, rękę i kontuzję głowy. Nazywa się Lewandowicz. Porucznik Lewandowicz znalazł gościnę i całkowitą opiekę; znalazłem go na rekonwalescencji. Słuchając go, myślałem o was, którzy to czytać będziecie. O was, o nas, zgiętych wpół, o naszych myślach, o naszych uczuciach. Nie mogłem nie mówić i od nas. To stąd – wtrącane innym drukiem ustępy.
Był koniec sierpnia. U nas w Krakowie, jak i w całej Polsce zapewne, ludzie bawili się w zgaduj-zgadulę: „będzie wojna – nie będzie wojny”.
Tymczasem Niemcy przez radio nadawały transmisję uroczystości wręczania przez Hitlera nagród drobnym działaczom i wynalazcom:
– Co pan wynalazł? – Aparat do kiszenia paszy.
– Nie ma pan dosyć paszy dla swoich krów? W Polsce są obfite łąki...
– Pan wynalazł maszynę do robienia kiełbas? Trudno jest o żywność? Będzie łatwiej. W Polsce będziemy mieli nierogacizny w bród...
W nocy z 24 na 25 sierpnia o pół do piątej obudził mnie żołnierz z rozkazem mobilizacyjnym. Mieliśmy stworzyć osłonę mobilizacji.
Doba następna przeszła w wytężonej pracy. Nie czułem godzin; nie pamiętam posiłków, nie byłem w domu.
Po dwudziestu czterech godzinach ruszyliśmy autobusami PKP. Ach, co to? Jak zjawisko z innego świata, z przemienionego świata, mignęła mi postać żony na chodniku. Kiwnąłem ku niej ręką.
Tuman kurzu się wzbił i ją przysłonił. Została tak, wsparta o ścianę kamienicy. Miała błękitny szal na sobie. Końce lekkiego szala zwisały w dół bezwładnie. Ręce wzbiły się jak ptaki i opadły za szalem.
Przyjechaliśmy do Kęt pod Białą. Nigdy tu wojsko nie stało. Wyległa masa kobiet i dzieci z koszykami owoców. Przez cały czas z tych darów mogliśmy dawać do obiadu na żołnierza po ćwierć litra kompotu. Gospodarz, u którego miałem kwaterę, czekał mnie wraz z całą rodziną i z obiadem do dwunastej w nocy. Mając dużo zajęcia, nie chcąc go krępować, na drugi dzień poszedłem do restauracji. Przywołany do rachunku kelner odpowiedział:
– Wojsko u nas nie płaci.
Zapraszają nas na posiedzenie miejscowego komitetu współdziałania z wojskiem. Sypią się dary nad możność, nad miarę. Właścicielka owocarni w Rynku przynosi wszystkie swoje oszczędności: dziesięć tysięcy złotych. My, wojsko, w zamian postanawiamy nieco uszczknąć swych porcji i dla rodzin rezerwistów miejscowych deklarujemy czterdzieści pięć obiadów dziennie.
Dzieciaki miejscowe depczą nam po piętach. Od tych małych chłopaczków począwszy z wypiętymi brzuszkami, od dziewczynek z tęgo zaplecionymi warkoczykami.
– Co byś robiła, gdyby Niemiec przyszedł?
– Jakby prosił wody, tobym nie dała, a jakby pytał drogi, tobym nie powiedziała.
Chłopcy są rezolutniejsi:
– Ja bym mu zamek wyjął z karabina, bagnet bym skradł...
Pamiętacie Ojczyznę zamgloną, w dali, jakeście ją opuścili tak dawno... To było tego lata... Szliśmy w Polskę, jak w ciepło promienne. W jednej wsi chłop przyniósł dla wojska barana. Naznaczył cenę – złoty... Aby się nazywało, że nie darmo. Pamiętacie szlaki pylne ucieczki, już w czasie klęski? Kiedy po chałupach przydrożnych bez zmęczenia, bez ustanku, stali całą rodziną gospodarze, ciągnęli żurawie, dźwigali wodę, poili tłumy maszerujących w rozsypce wojsk. Przebijcie się przez piasek, którym w oczy świata sypie rosyjska, niemiecka prasa, o ludzie polskim, wyzwalanym z opresji znienawidzonych rządów. Chwilka milczenia: myślimy o polskich dzieciach, o polskich kobietach.
29 sierpnia pułkownik Warta otrzymał rozkaz przygotowania swego odcinka w rejonie Górki Węgierskiej, za Żywcem. Wówczas dopiero powiał ostry wiatr wojny. Zażądaliśmy od wójta ludzi. W ciągu godziny stanęło trzystu. Wielu było rozczarowanych, że ich się posyła po łopaty. Sądzili, że będą walczyć wraz z wojskiem. Chcieli się skrzyknąć na tysiące.
PIERWSZE CZOŁGI
W dzień wybuchu wojny od świtania byłem na nogach. Nikt nas nie uprzedzał, że to dziś, ale należało oczekiwać.
Pozycja mojej kompanii tkwiła na stoku wzgórza, przed właściwymi okopami, które mieli zająć inni. Wszędzie przezierała skała, więc okopy mieliśmy płyciutkie. Przed nami biegł teren lekko w dół, potem się wznosił ku laskowi. Dzień był ładny, cichy, bezwietrzny, ale jeszcze w dole i aż ku laskowi leżała lekka poranna mgła.
O godzinie piątej minut trzydzieści z lasku padły pierwsze strzały niemieckie i nasze placówki cofnęły się. Zanim zorientowaliśmy się, co to za huk powstaje w lasku, ustokrotniony przez skalną dolinę, już z tego lasku wysunął się czołg. Szedł szary, sam, jakby węszył, jakby się oglądał. Wspomniałem łowy „na zasiadanego” na dzika, kiedy, fukając, ukazuje się z drugiego brzegu polany stary odyniec.
Za tym pierwszym wyszło dalszych siedem.
Moi ludzie – rezerwiści w wieku pod czterdziestkę, lud spokojny, zasiedziały w gospodarkach, a rzemiosłach, przeważnie Krakowiacy i górale, przywarł do płytkich skalistych rowków przed tymi pancernymi bestiami, sunącymi w szczęku i jazgocie pancerzy. Ale wytrzymali i nie wystrzelił żaden.
Dopiero kiedy były na trzysta metrów, poczęliśmy im dogadzać z naszych dwóch działek i z karabinów specjalnych do niszczenia broni pancernej. Czołgi poczęły się cofać, ale dwa zostały. Niby tok przeleciał przez kompanię. Jedne uciekają, a te dwa – może chwilowy defekt, może się namyślą i ruszą? Bo czyżbyśmy im co zrobili...
Kierujemy cały ogień w wieżyczki tych dwóch. Co tu gadać – wykończyliśmy je bez reszty. Stoją na łące nieruchomo, podczas gdy inne już skryły się w lasku.
Wycofane i niewidoczne czołgi kierują na nas z lasku silny ogień. Ale o godzinie jedenastej przychodzi im w pomoc niemiecka artyleria. Wszystkich gatunków broni widać danym będzie od razu skosztować moim chłopcom w tym dniu. Najprzód słyszymy detonację pocisku, padającego koło naszych pozycji, a potem dopiero dochodzi huk wystrzału działa. Przez to wygląda, że jest dwa razy więcej strzałów niż w istocie. Żołnierz się tuli do ziemi, ale po odparciu czołgów już wchodzi w smak tego wojennego sportu. Wypatrzyli w kępie drzew, odległej o tysiąc dziewięćset metrów, obserwatora i zajęli go serią karabinu maszynowego. Po chwili poczyna działać drugi obserwator. O godzinie jedenastej minut czterdzieści artyleria niemiecka jest wstrzelana. Mimo że leżymy jak kuropatwy w ziemi, mam dwóch zabitych i jednego rannego. Wycofuję ludzi za grzbiet, gdzie jesteśmy bezpieczni. Artyleria znęca się nad wstrzelanymi pozycjami, które poczynają wyglądać jak grunt księżycowy. Ładnie byśmy wyglądali!...
Wreszcie o godzinie drugiej znowu ukazują się czołgi. Wiemy już, że się umieją cofać, i chętnie pędzimy w przód – na dawne pozycje, „poprawione” przez artylerię, bo w tych lejach pysznie się można chować.
Dwa czołgi wpadły w doły przeciwczołgowe. Idzie na nas silny ogień. Pada trzech rannych. Ale unieruchamiamy dwa nowe czołgi. Reszta się cofa (może będą flankować?), na przedpolu stoją już cztery unieruchomione siwe mamuty.
Z lasku szybko wyjeżdża czołg – warsztat reperacyjny. Przede wszystkim, nim opatrzyć się zdołaliśmy, stanęła przed czołgiem zdemontowanym i czołgiem warsztatem, który do niego dojechał, ściana stalowa.
– Pewno tam biorą tego wraka na hol i wywiozą nam sprzed nosa, panie poruczniku – mówią z emocją żołnierze.
– Jak tu strzelać? Żadna kula tej ściany nie przebije.
Kulomiotacz-góral bierze się na sposób. Ponieważ parawan stalowy stoi na skale, strzela pod niego. Widać kawałki skały łupią się i uderzają Niemców, bo ściana... hokus-pokus – niknie, warsztat odjeżdża, pozostawiając niezabrany czołg.
– Sposób na sposób! – śmieją się żołnierze. Ich humor wzrasta.
Zza lasu poczyna się wysuwać szara linia tyraliery. Za nią druga. Potem trzecia.
Żołnierze zaciskają ręce na karabinach. Wreszcie widzą „żywe mięso”, coś, co dobrze rozumieją. Pachnie im bezpośredniość bójki. Przecież dotąd te karabiny były bezużyteczne.
Pilnuję, by nie strzelali. Serce w piersi łomoce. Skąd, nie wiem z jakiego dna dziecinnej pamięci, wypływa mi zdanie, które powtarzam bezświadomie w kółko: „jeszcze chwilka, jeszcze chwilka, aż przymarznie ogon wilka!”.
Są już od nas o osiemset metrów. Chłopcy nie wytrzymali i, Jezu Maryja
– jak nie hukną!...
Padły linie tyraliery niemieckiej i leżą, ani drgną. Widzę przez szkła paru oficerów, biegających z rewolwerami. Potem artyleria niemiecka poczyna walić i tak nas poucza i monituje przez pół godziny. Widać zdecydowali, żeśmy skruszeli, bo podrywają znów swoją piechotę, która idzie na nas wspierana przez artylerię i karabiny maszynowe. Strzelamy, aż lufy parzą, ale na próżno: jednak te trzy linie skokami posuwają się dalej.
Każę przez gońców niewidocznie nałożyć bagnet na broń. Są już tak blisko, że artyleria ich milknie, a kaemy nie mogą przez nich już strzelać. Kiedy dzieli ich od nas trzysta metrów, wypadamy z piekielnym wrzaskiem.
Pierwsza linia Niemców poczyna uciekać. Wówczas padamy na ziemię i szybko, aby jak najwięcej skorzystać, poczynamy w nich strzelać. Padają gęsto trupy. Wstrzymuję nasz atak. Chłopcy tak się rozpalili, że odległość między pierwszymi i ostatnimi wynosiła jakie sto metrów.
A więc Niemiec nie lubi uderzenia na bagnety! A więc czołgi są do ugryzienia. A więc na artylerię jest sposób, byle się nie strachać tyla tego huku.
Zluzował nas KOP. Zsunięci na tył, za bezpieczną górkę, gdzie już czekała kuchnia z pierwszoklaśnym obiadem, żołnierze gardłują, śmieją się. „Jak tak dalej pójdzie jak dziś, to za dwa tygodnie będziemy w Berlinie”.
(...)









1
2
4