Strona główna / Melchior Wańkowicz. Dzieła / Bitwa o Monte Cassino

Zaproszenia

07.02.2012

Każda mama jest superbohaterką!

Podziel się z nami historią o niezwykłym bohaterstwie Twoich bliskich i wygraj rodzinny wyjazd do Pensjonatu „Karkonoski” w Karpaczu oraz bestsellerową powieść „Ocal mnie”.

Wydarzenia

09.02.2012

Wyniki konkursu SMS - wygraj romantyczną kolację dla dwojga!

"Spakowałam do walizki urlopowe słowa  i na Wakacje w Italii już jestem gotowa!"  - oto zwycięskie hasło.

Wywiady

26.01.2012

W każdym z nas jest tęsknota za nowym początkiem

Rozmowa z Renatą L. Górską, autorką powieści "Błędne siostry"

Posłuchaj i zobacz

01.02.2012

Nowa powieść Małgorzaty Wardy

Zapraszamy do obejrzenia zwiastuna powieści "Dziewczynka, która widziała zbyt wiele".

Bestsellery

TOP 20 - STYCZEŃ 2012

  1. Każdy szczyt ma swój Czubaszek Artur Andrus, Maria Czubaszek
  2. Tam gdzie ty Jodi Picoult
  3. Dallas '63 Stephen King

Fotogaleria

więcej »

Bitwa o Monte Cassino

Melchior Wańkowicz

ROZSADZAMY LINIĘ HITLERA

168. NIEPOKOJĄCA CISZA

Kiedy pułkownik Rudnicki oglądał pobojowisko na S. Angelo, cisza stała dokoła. Zależa poległych, którymi znaczyliśmy zwycięstwo, wspinając się coraz dalej, na północ, doszły tu, do stóp Passo Corno.
516 metrów – pierwszy stopień: góra klasztorna – oczyszczone od nieprzyjaciela.
567 metrów – drugi stopień: Albaneta – oczyszczone.
575 metrów – trzeci stopień – oczyszczone.
585 metrów – czwarty stopień: to właśnie pobojowisko na S. Angelo, na którym pułkownik stoi obecnie – oczyszczone.
Pułkownik minął trupa śp. podporucznika Krupskiego, ostatniego poległego oficera, inżyniera z czołówki naprawczej, który tu przyprowadził swój lud warsztatowy z ostatnią pomocą.
Dalej – już był spad ku rozległemu wąwozowi, przedzielającemu od Passo Corno i kluczowych jego szczytów: 893 i 912.
Passo Corno, zębate strzelnicami, silne skalistą kawerną, z której pluły bezpiecznie niemieckie moździerze – milczało.
Zbocza jego, flankujące oba natarcia ogniem – pylony wiecznie czujne, wiecznie groźne – zdawały się tak nieme jak i pozostałe rzędy amfiteatru.
Pułkownik przesunął wzrok wyżej: jednooki Polifemus-Cairo wisiał nad terenem, tajemniczy jak zawsze, milczący jak zawsze.
Czy siedzi na nim obserwator przy nożycowej lornecie, niby organista przy klawiaturze organów, grający piekielną fugę przez miniony tydzień? Kiedy stanowiska moździerzy – piszczałki organów – rozwalone, kiedy łańcuchy bunkrów – rejestrów organowych – wyzute z obrońców, z dźwięku bojowego, który nimi płynął?
Tam, uczepiona o szczyt Cairo na równi z linią Gustawa, spływa ku Piedimonte nieruszona jeszcze linia Hitlera.
A może „pękło oczko” w punkcie Cairo i ta druga linia spruła się sama przez się?
Wzrok pułkownika poszedł w prawo, pobiegł grzbietem Castellone, gdzie siedział 15. Pułk Ułanów Poznańskich, zszedł ku miasteczku Cairo, gdzie warował Karpacki Pułk Ułanów.
Niechby sprawdzili – tę ciszę.

I obydwa pułki otrzymują zadanie wykonania wypadów, każdy jednym szwadronem.

169. KARPACCY UŁANI – NAPIĘTA CIĘCIWA

Pułk 15. ułanów uczestniczył szwadronem w uderzeniu na S. Angelo i szwadron mocno się skrwawił. Pułk Ułanów Karpackich, wysunięty na najbardziej skrajne skrzydło Korpusu i jego biernego odcinka, demonstrował jedynie (rozdz. 40). Zbiorowisko młodych żołnierzy, które nasłuchiwało biernie kanonady i nadchodzących wiadomości, że koledzy krwawią i walczą ostatkiem sił, aż do gospodarczych półbaonów włącznie – musiało spęcznieć w niewyżytą gorączkę.
Pułk był z Libii jeszcze i miał się za weterana. Zaczęło się to od koni. W kronikach pułku jeszcze się tułają fotografie ułanów na siwkach. Rekruci przebywający we Włoszech patrzą na te egzotyczne siwki jak chłopcy, którym pokazują ryciny wyobrażające rzekomą gwardię kacyka afrykańskiego na strusiach. Potem szybko siwki poszły w kąt – jeden jakiś został dla dowódcy pułku, majora Bobińskiego, który na nim się uwijał... po pozycjach w Tobruku.
Bo do Tobruku przybył spieszony Pułk Ułanów Karpackich jako pierwszy polski oddział i przejął zadanie obrony sześciokilometrowego odcinka.

Potem był wypad na Twin Pimples, wypad rotmistrza Smodlibowskiego, w którym szwadron rotmistrza miał pierwszego zabitego i dwudziestu trzech rannych, trwanie sześciotygodniowe w skalistych żłobkach pod ogniem włoskich pozycji na Medauar, pościg na Akromę. Zamiast siwków przyszły „pełzaki” – carriery. W bezmiernych piaskach pustyni nawigowały wedle gwiazd, jak korwety na morzu, przecinając linie komunikacyjne. Kiedy cały Korpus organizował się w Palestynie, do której też została ściągnięta Brygada Karpacka, pułk został w Afryce, patrolował drogę pustynną El-Alamein–Kair, strzegł w czasie bitwy pod El-Alamein delty Nilu. Pułk liczący wielki procent inteligentów, mający najdłuższe i najściślejsze ze wszystkich oddziałów Korpusu relacje z Anglikami, wyniósł z tych metamorfoz i samotnych ścieżek swoisty charakter, w którym nie było miejsca na dryl pruskiego typu, w którym nic jeszcze nie zdążyło, dzięki ciągłym zmianom, zakrzepnąć w rutynę.
Bo i tu, we Włoszech znowuż, kiedy samochody pancerne, te konie pustyni, znalazły się nad zaśnieżoną rzeką Sangro, kiedy wyrósł naokoło nich krajobraz górzysty, kiedy wypadły dwustukilometrowe szybkie marsze w deszczu, śniegu i błocie po krętych górskich wirażach (np. przejazd pierwszego szwadronu do Aquaviva) – wszystko od dowódcy, aż do ostatniego kierowcy musiało przestawiać swoją pustynną mentalność i nagiąć do nowego terenu.
Pułk był jak łuk hartowany w ogniu. Wypadki w kraju, przeszłość pułku, a zwłaszcza tydzień bitwy toczącej się obok, naciągnęły cięciwę tego łuku do ostatniej skali wytrzymałości. Przychodził czas, kiedy cięciwa miała się zwolnić.

170. „WIELKI DZIEŃ” PUŁKU

Noc jest czarna jak sadza i łupana wybuchami. Potykając się o teren, którego nie widać, idę z dwoma przewodnikami przysłanymi po mnie z Pułku Karpackiego. Świst pocisków, smolistość nocy, niewiadomość odległości, ani kiedy koniec wędrówki, niewiadomość nawet, w którą się idzie stronę świata, gdzie Niemcy, gdzie swoi, co daleko, co blisko – stwarza poczucie niewymierności bez początku i końca, zaziemskości, nierealności. Aż kiedy pada kolejny pocisk – krótki blask pokazuje realne drzewa, a kiedy gaśnie blask – głosy z jakichś potajemnych wykrotów nawołujące, kto idzie, wskazują, że zbocza są naszpikowane żywymi ludźmi.
Dowództwo pułku mieści się w tym samym murowańcu jakiegoś kolona (farmera), w którym je odwiedzałem na dzień przed bitwą. W pokoju, w którym na ścianach zastygły spłoszone półnagie girlsy powycinane z ilustracji – paruje „Wielki dzień” pułku.
Z terenu natarcia przyszedł dowódca – major Stanisław Zakrzewski. Łazi jak senna mucha „oferma” Bocheński, posiekany na wczorajszym patrolu odłamkami granatu ręcznego. W chwilę potem wsuwa się kapelan, ksiądz Malinowski, którego też nosiło po natarciu, i zastępca dowódcy rotmistrz Paciorek, którego brat poległ w tym samym pułku przed tygodniem.
Gość, wynurzony z czarciego terenu nocnych niejasności, zachłystuje się, co tu gadać, haustem tęgiej żołnierskiej polskości.
– Słuchaj – mówi major Zakrzewski – trafiasz na dzień, który zapewne stanie się świętem pułku.
Wszyscy mówią: ci oficerowie, pochyleni nad stołem, ta mapa, która na nim leży, te pociski na zewnątrz, dające ramy rozmowie.
– Bo widzisz – mówi major Zakrzewski – odwaliliśmy pieszą Somosierrę. Szwadron 3. Stryjewskiego poszedł do natarcia na bunkry niemieckie, siedzące podwójną koroną na szczycie 893, na szczycie 912 w poprzek dwuipółkilometrowej drogi marszu po stokach Castellone, nacierając nie prostopadle, ale równolegle do naszych pozycji obronnych, posuwając się terenem, w którym trzeba było pokonywać jeden za drugim trzymetrowe tarasy: 800 metrów wynosi różnica poziomu od miejsca startu do szczytu, na którym zdobyliśmy bunkry; przeszli 1500 metrów pod ogniem bocznym cekaemów i moździerzy z podnóża Monte Cairo oraz artylerii niemieckiej, bijącej ogniem rozpryskowym z dalszych stanowisk. Przecież to już linia Hitlera, której nikt nie atakował, wszystkie więc jej ognie zbieraliśmy dzisiaj my tylko.
Przodek majora Zakrzewskiego brał udział w szarży pod Somosierrą. Major walczył we wrześniu pod Suchowolą. Obracamy i smakujemy dźwięk nowy: Passo Corno, jeszcze obcy, już może – tym co przyjdą – bliski na zawsze, swój, najbardziej polski?
Zdobyli bunkry, umacniane cementem. Wzięli całą ich załogę, pozostałych przy życiu dwudziestu trzech. Zniszczyli 4. kompanię samodzielnego batalionu górskiego. Sami stracili 18 zabitych, 18 ciężko rannych, 27 lżej. Ani jednego nie ma bez krychy odłamkiem albo kamieniem. W pewnej chwili walczyli kamieniami. Utrzymali się.
I znowu – i bez końca – idą opowiadania. Jak żołnierze ranni wracali w ogień, jaki szwadron wziął pęd, że mdleli ułani, forsując tarasy, a inni polewali ich wodą z manierek. Jak junacy, stanowiący jedną trzecią szwadronu, którzy niedawno przyszli jako uzupełnienie, meldowali się w pełnym ogniu przepisowo, trzaskając obcasami, jak drugi szwadron wypierał dech z siebie, donosząc amunicję, jak ułan Miarkowski, kadet z „Barbary”, już ciężko ranny, gdy nie mógł z braku sił odrzucić granatu, naczołgał się na niego, rozszarpanym ciałem ratując kolegów.
Pięćdziesięciodwuletni kapral Wiatr, który mnie przyprowadził, zgłasza się po porcję „atramentu” jako nagrodę. Stary, meldując się, zadziera przepisowo brodę do góry. Major mu nalewa kubek wina.
Kapral Wiatr to maskota pułku. Stary osadnik wojskowy – ręce zdatne do wszystkiego – ojciec żołnierzy, filozof chłopski, mówiący swoistym językiem, autorytet pułku, partyzant na Rusi Zakarpackiej, nagrodzony w 1938 roku Krzyżem Zasługi.
– I od 1938 roku tym dycham – mowi do mnie, kiedy silniejszy wybuch zatrząsł oknami – i jestem zatrudniony w te machine wojenno.
Teraz – idą nosze po rannych. Na zdobytych stanowiskach nasi chłopcy, którzy natarcie poczęli w koszulkach, pookrywali się przed zimnem nocy płaszczami niemieckimi. Żywność mają niemiecką, ale amunicję dostarczają im teraz koledzy niezmiernym wysiłkiem, wciągając po linach na trzypiętrowe tarasy.

171. POPRZEDZAJĄCE PATROLE

Czas iść spać i nam. Kulejący Bocheński sprowadza mnie do piwnic, gdzie mieszczą się legowiska. Po zakamarkach pod niskimi stropami, na jakichś przymurkach tulą się skręcone niewygodnie ciała ułanów. Za to mają bezpieczeństwo niemal gwarantowane.
Poraniony Bocheński, mocując się z butem, daje z siebie wydusić, jak rozeznał teren obecnego natarcia.
Przed kilku dniami przeszedł w biały dzień bardzo daleko, zostawiwszy za sobą, jak się okazało, stanowiska Niemców, z którymi się wzajemnie nie zauważył. Wracając, spostrzegł domek, który chciał rozeznać, i wysunął się ku niemu z ułanem Rydzikiem. Przed domkiem spostrzegli Niemca w piżamie, który, ujrzawszy dwóch polskich żołnierzy z orzełkami na czapkach i w pełnym oporządzeniu, uśmiechnął się przyjaźnie:
– Nach Hause? – zapytał. Było to hasło, które niemiecka radiostacja „Wanda” zalecała naszym żołnierzom podawać przy przechodzeniu, i Niemcy byli odpowiednio pouczeni.
– Nie d-do d-domu – odpowiedział szepleniący i z lekka jąkający się Bocheński – ale wy jesteście zgubieni, poddajcie się.
Szwab roześmiał się, machnął ręką i wskoczył do domku, z którego poszła seria. Bocheński, uskoczywszy za załom, począł nawoływać:
– R-y-y-dzik!
– Dein Rydzik ist erledigt – krzyczeli dosyć życzliwie informujący Niemcy.
– A dlaczegoście nie strzelili do tego Niemca?
– W p-piżamie? – dziwi się Bocheński.
Powiadają o tym legendarnej odwagi oficerze (Coetquidan, Narwik, Krzyż Walecznych za kampanię francuską, przeszmuglowanie się na dnie okrętu do Syrii, Tobruk, spalenie samodwa wieży strażniczej za pozycjami włoskimi, wyniesienie wraz z Erdmanem pod ogniem ciała poległego Pieniążka), że jeszcze nigdy nie wystrzelił.
– To po co, u diabła, nosisz pistolet? – pytali koledzy.
– Dla p-propagandy.
Wreszcie uporał się z nogawką i ogląda ją smętnie pod światło. Nogawka jest na sito podziurawiona odłamkami ręcznego granatu. To mu się zdarzyło przed trzema dniami, kiedy ponawiał wywiad.
– W cz-czym ja pojadę? – martwi się Bocheński, który wybiera się do Korpusu – b-będą myśleli, że naumyślnie p-podziurkowałem sobie spodnie ołówkiem.
A nazajutrz po tym patrolu Bocheńskiego, przedwczoraj, 18 maja, rozpoznawał samoczwart porucznik Lickindorf. Kiedy byli już blisko domku, z którego zabito Rydzika, ujrzeli płaszcz niemiecki, leżący na ziemi, a przy nim wbity w ziemię nóż.
– Ostrożnie – mówi kapral Łabędzki – to może być pułapka.
Ukląkł, ziemię dziobie dookoła.
Kapral Łabędzki, rzeźbiarz, współpracownik profesora Szyszko-Bohusza, szkolony „minowiec”, pociesza się zawsze, że rozbrajając prawą ręką – ją najwyżej utraci. „Cały skarb dla mnie to lewa ręka, którą nakierowuję dłutko: prawa tylko uderza młotkiem, na to dosyć mieć sprotezowaną rękę”.
– Panie poruczniku – woła – to Niemiec na własnej minie wyleciał.
Podnosi płaszcz podbity skrzepami krwi.
W tej chwili terknął raz, krótko – szmajser.
– Panie poruczniku – wołają żołnierze, którzy pozostali w tyle, widząc, że porucznik Lickindorf chce uskoczyć – miny!
Spojrzał i zgorzał – stał w polu minowym; wkoło kwitły sobie spokojnie „skaczące s-miny” – miny szrapnelowe.
Ostrożnie i z godnością począł porucznik stąpać do tyłu. Niemcy milczeli. Ta krótka seryjka musiała być jakimś sygnałem, ale jakim?
Porucznik począł wycinać kąty, aby móc określić położenie.
Nagle seria szpandała z domku uderzyła mu o 20 centymetrów pod nogi. Niemcy widać zniecierpliwili się, czekając, może zdecydowali, że dalej nie pójdzie, może wzięli go za obserwatora artyleryjskiego, dość, że nie poczekali, aż patrol posunie się dalej w kotlinkę, gdzie by go na pewno zniszczyli.
Porucznik uskoczył między jakiś głaz i pień i strzelił zieloną rakietę w stronę szpandała. Zielona rakieta miała być znakiem dla swoich, aby wywołali w to miejsce ogień artylerii. Ale swoi rakietę przegapili, a zirytowani Niemcy położyli na miejsce, z którego strzeliła rakieta, dwadzieścia dwa granaty z moździerzy.
W środku tej nawały parzyć poczęło porucznika straszliwie. Skonstatował, że siedzi w wielkim kopcu mrowiska dużych czerwonych mrówek. Wyskoczył jak oparzony i dołączył do swoich ułanów, którzy szykowali się po nawale wracać po korpulentne ciało.