Strona główna / Humanistyka / Wędrujący świat

Aktualności

07.08.2017

Spotkanie z Iwoną Żytkowiak

W poniedziałek, 21 sierpnia, o godz. 18:00 zapraszamy na spotkanie z Iwoną Żytkowiak, autorką książki "Matka swojej córki". Spotkanie odbędzie się w "ProMedia" w Szczecinie przy ul. Wojska Polskiego 2.

Wywiady

19.07.2017

Katarzyna Puzyńska: Kryminały pokochałam w dzieciństwie. Moja babcia była prokuratorem

Moja babcia była prokuratorem, zajmowała się sprawami kryminalnymi i opowiadała mi różne, przerażające nieraz historie. A potem się dziwiła, że wymyślam bajki o kościach - wspomina Katarzyna Puzyńska, autorka sagi kryminalnej o Lipowie.

Posłuchaj i zobacz

08.06.2017

Jenn Díaz o swojej książce

Zapraszamy do obejrzenia krótkiego filmiku, w którym Jenn Díaz  opowiada o swojej książe "Matka i córka".

Bestsellery

TOP 20

  1. Odzyskać utracone Katarzyna Kołczewska
  2. Czarne narcyzy Katarzyna Puzyńska
  3. Spalone mosty Izabella Frączyk

Fotogaleria

więcej »

Wędrujący świat

Grzegorz W. Kołodko

     Współzależności chadzają niekiedy nader zawiłymi ścieżkami. Bywa, że prawie w ogóle w analizach niedostrzeganymi i stąd szerzej nieznanymi. Dwa wieki temu do zniesienia niewolnictwa na Karaibach przyczyniły się zakłócenia w handlu powodowane utarczkami i imperialistycznymi wojnami pomiędzy Anglią i Francją, co zbyt podnosiło ceny cukru wytwarzanego z trzciny uprawianej na karaibskich plantacjach przez niewolniczą siłę roboczą. Na takim tle z początkiem XIX wieku bardziej opłacalna stała się jego produkcja na bazie uprawianych w Europie, zwłaszcza wschodniej, buraków cukrowych. Pod wpływem spadku popytu na cukier z tropikalnych Karaibów spadała też pozycja i siła tamtejszych plantatorów. W tym samym czasie ruch abolicjonistów nabierał siły i rozmachu – i na wyspach karaibskich, i na Wyspach Brytyjskich. Jak już wiemy, w 1807 roku w Anglii zniesiono niewolnictwo. I tak oto w tamtej fazie globalizacji Europa Wschodnia – choć niechcący, ale jednak – przyczyniła się do zniesienia haniebnego niewolnictwa w Indiach Zachodnich. I to bynajmniej nie z tego powodu, że tysiące polskich żołnierzy, którzy w 1803 roku weszli do wysłanego przez Napoleona (1769-1821) na Haiti korpusu ekspedycyjnego, zorientowało się, iż nie za wzniosłe ideały rewolucji mają tam walczyć i ginąć, ale w obronie banalnych interesów kupców z Bordeaux. Przeszli zatem na stronę rebelianckiego czarnoskórego generała Toussainta L’Ouverture’a walczącego z kolonizatorami. Choć wielka była rola tego syna porwanego z Senegalu niewolnika i bojownika o zniesienie niewolnictwa, upadło ono w jeszcze większej mierze wskutek relacji podaży i popytu, a w ślad za tym spadku cen i opłacalności produkcji trzciny i buraków cukrowych. Tak jak niewolnictwo rozwijało się w wyniku ekspansji transatlantyckiego i globalnego handlu, tak i przy zbiegu określonych okoliczności – gdy pewne rzeczy działy się naraz – poczęło ono upadać. Także dzięki naszym burakom cukrowym.
     Wracając do teraźniejszości, już nie tylko – co łatwiej zrozumieć – od podaży ropy naftowej na giełdzie w Rotterdamie zależy cena paliwa na stacji benzynowej w Wiedniu czy też cena kawy w osiedlowym supermarkecie zależy od urodzaju w Brazylii. Obecnie podaż chińskiej konfekcji decyduje o stanie zatrudnienia w przemyśle włókienniczym w Meksyku, płace w amerykańskim przemyśle samochodowym są zdeterminowane ilością aut zjeżdżających z japońskich taśm produkcyjnych, prywatyzacja kopalń w Jakucji przesądza o cenie diamentów na Piątej Alei w Nowym Jorku. Teraz rozwój całych przemysłów w jednych krajach jest funkcją poziomu popytu w innych. Wysokość bezrobocia w Unii Europejskiej zależy od stanu zatrudnienia w Azji. Ceny mieszkań w Polsce są śrubowane spekulacyjnym popytem poszukujących lokat Irlandczyków, a warszawiacy śrubują ceny apartamentów we Lwowie. A później wszyscy razem wywindują ceny w zachodniej Syberii. Decyzje jednych rządów wpływają na koniunkturę gospodarczą w innych państwach. Banki centralne, manipulując stopami procentowymi i swoimi rezerwami, współdecydują o cenie pieniądza, czyli o kursie walutowym w innych krajach.
     (…)

       Obecnie chiński przeciętny dochód to już połowa polskiego albo jedna piąta amerykańskiego. Gdyby Chiny przez następne pokolenie kontynuowały tempo rozwoju cieszące poprzednią generację, to za następne trzydzieści lat PKB byłby znowu o prawie dwanaście razy większy. Proste porównania mówią zatem, że z jednej strony byłby on w roku 2037 szokujące prawie 140 razy większy aniżeli w roku 1977. Z drugiej strony, wynosząc około 97 tysięcy dolarów, byłby to poziom przekraczający o 35 procent dzisiejszy najwyższy na świecie pod tym względem standard maleńkiego Luksemburga (480 tysięcy ludności, czyli 2750 razy mniej niż w Chinach).
       Chiny to nie tylko współczesny ewenement. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że już kiedyś ich miejsce w gospodarce światowej było znacznie silniejsze niż obecnie. Gdy Europa powoli dźwigała się ze swoich stagnacyjnych wieków średnich i ożywiała podczas renesansu nie tylko kulturę, ale i gospodarkę, wkład Chin do światowej produkcji był relatywnie dużo większy aniżeli współcześnie. W 1600 roku sięgał on 29 procent, po stu latach – wskutek hamującej ekspansję centralizacji i zachowawczości (dziś powiedzielibyśmy „antyreformatorskiego” nastawienia) cesarskiej władzy z jej biurokracją – obniżył się do około 22 procent, aby potem (tym razem wskutek otwarcia i reformatorskości pekińskiego dworu i jego administracji) skoczyć aż o dziesięć punktów i sięgnąć blisko jednej trzeciej światowej produkcji w 1820 roku. 
      Wtedy to ostro wystartowała Europa i Ameryka Północna, Chiny zaś zwolniły niebywale, ponownie w sposób szkodliwy dla rozwoju centralizując władzę i ograniczając swoje kontakty zewnętrzne. Po dwu pokoleniach, w 1870 roku ich udział w światowym PKB spadł do jakichś 18 procent, w przeddzień I wojny światowej wynosił tylko 9 procent, a w chwili powstania Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku był znowu dwa razy mniejszy. Te marne niecałe 5 procent udziału w produkcji światowej utrzymało się w zasadzie przez wszystkie lata rządów Mao Zedonga, podczas których produkcja rosła mniej więcej w takim samym tempie jak przeciętnie na całym świecie. Dzisiaj PKB chiński to znowu ponad 16 procent światowej produkcji, podobnie jak 140 lat temu. Wtedy jednak Europa Zachodnia, Ameryka Północna, a zwłaszcza Japonia się rozpędzały, a Chiny drastycznie spowalniały. Dlaczego? I czy podobna sekwencja może powtórzyć się w przyszłości?
     Chiny to już ostatni „skok” na ziemski bank z jego ograniczonymi zasobami. Tego na taką skalę nikt nigdy nie powtórzy. I mimo że wielu radzi, aby nie mówić kategorycznie „nikt”, „nigdy”, to powtórzę – nikt nigdy, bo coś takiego na Ziemi nie jest już możliwe. Ani w Afryce, ani w Ameryce Łacińskiej, ani w posocjalistycznych krajach Europy Środkowo-Wschodniej i Azji. Może to udać się co najwyżej w jednej czy w kilku małych lub średnich gospodarkach, ale nie na szerszą skalę, a tym bardziej na całym świecie. Chyba że nadejdzie zupełnie, ale to zupełnie nowa epoka w jego dziejach polegająca na tym, iż wpierw nastąpi jakieś pandemonium i wielkie cofnięcie, a potem znowu wielkie przyspieszenie. Tak jak po antyku wpierw nastały stagnacyjne wieki średnie i potem bujny renesans. Wykluczyć tego zupełnie nie można.
     Wiemy już, że rzeczy dzieją się tak, jak się dzieją, ponieważ wiele rzeczy dzieje się naraz.
     (…)

     …coraz bardziej potrzebna będzie polityka na skalę planetarną, potrafiąca twórczo rozgrywać współzależności typowe dla współczesnej gospodarki. Stanęliśmy wobec dość ostrej alternatywy: instytucjonalizacja globalizacji versus narastający brak koordynacji i chaos. Nowy ład instytucjonalny będzie rodził się w bólu. I na dodatek powolnie. W bólu, ponieważ możni tego świata odczuwają boleści, gdy przychodzi im oddać nieco pola innym. Przywykli bowiem do divide et impera w starym stylu, a tu nadeszły nowe czasy. I rządzić trzeba będzie trochę inaczej, i dzielić tak niesprawiedliwie jak dotychczas też nie będzie można. Powolnie, gdyż nie zostanie on odgórnie zaprojektowany (mimo że jest to teoretycznie możliwe), lecz będzie powstawał w trakcie znojnego procesu praktycznego uczenia się. Nigdy tak nie było – i nie będzie – by udało się układ instytucjonalny wpierw inteligentnie zaprojektować, na podstawie najlepszych kanonów nauki o zarządzaniu, ekonomii, socjologii i psychologii, a potem go wdrożyć do pragmatyki. Zawsze tak było – i będzie – że rodzi się on jako wypadkowa gry interesów, a wiedza pełni w tym teatrze życia zaledwie rolę suflera.
     Za marnowanie czasu i przejaw naiwności należy uznać podszyte nostalgią (i megalomanią zarazem) pragnienie odbudowy hegemonii USA i nadania im na trwałe pozycji przywódcy świata. Ich wyjątkowa pozycja supermocarstwa, które w dużym stopniu mogło dyktować i warunkować reguły gry, także ekonomicznej, była krótkotrwała. Raptem niecałe dwie dekady, od rozkładu ZSRR do końca bieżącego dziesięciolecia. W książce zatytułowanej Druga szansa (Second Chance) Zbigniew Brzeziński, wielki rzecznik amerykańskiej sprawy, próbuje przekonywać, że gdyby nie błędy trzech ostatnich prezydentów, zwłaszcza popełnione w czasie ośmioletnich rządów przez George’a W. Busha, USA mogłyby utrzymać swoją dominującą pozycję. Być może, ale tylko pod warunkiem, że byłyby skłonne nieco ze światem się podzielić. Ale – niestety – nie były i, co gorsza, nadal nie są. Brzeziński wierzy w to, że jest jeszcze na taki Pax Americana szansa. Wystarczy tylko, by Amerykanie w 2008 roku dobrze wybrali prezydenta, który z kolei dobrze wybrałby wartości i sposoby rządzenia globalnymi sprawami. Dodaje przy tym, że trzeciej szansy już nie będzie. Otóż myli się, nie ma bowiem już tej drugiej szansy, która wciąż marzy się niektórym. Pozycja Stanów Zjednoczonych w XXI wieku może zmienić się podobnie jak Hiszpanii w XVII. To wtedy też było światowe supermocarstwo, tyle że hiszpański przemysł nie musiał wiele wytwarzać, bo kraj mógł wszystko kupić, głównie za kruszce przywiezione z kolonii. Do czasu. Podobnie jak się to dzieje w warunkach unikatowej pozycji USA z ich dolarem. Dobrze to czy źle?
     To zależy. Świat bowiem bez amerykańskiego przywództwa może być zarówno lepszy, jak i gorszy. Bez Hiszpanii w tej roli poradziliśmy sobie, bo wyłoniła się jako globalny lider Anglia. Jak będzie tym razem? Zaiste Stany Zjednoczone, jak nikt nigdy w dziejach, miały ostatnio wyjątkowy wpływ na sprawy świata. Mogły zatem zdecydowanie lepiej – bardziej prorozwojowo i koncyliacyjnie – ustawić rządzące nim instytucje. Czyniły to jednak w zbyt dużej mierze pod kątem własnych partykularnych interesów. I to na dodatek źle, bo krótkowzrocznie i bez dalekosiężnej wizji, bardziej mentorsko niż partnersko. Tracąc przeto swoją drugą i ostatnią szansę na podyktowanie planetarnego ładu instytucjonalnego, zostawiają nas w sporym chaosie na tej niwie. Niedobrze.
     Ale to jest zarazem szansa.
     (…)

     Podczas gdy niektóre społeczeństwa będą się liczebnie zwiększać, inne będą się zmniejszać. W Sudanie liczba mieszkańców ma skoczyć z obecnych 39,4 do 73 milionów w 2050 roku, a w Polsce ma spaść z 38,5 do zaledwie 30,3 miliona (tyle wynosiła w 1962 roku). Relacja z 1:1 zamieni się na 5:2. Prognozuje się wzrost liczby obywateli Pakistanu ze 164,7 do 292,2 miliona. Za to Japończyków ma być 102,5 wobec 127 milionów teraz. Relacja z 13:10 podwaja się z nawiązką do 28:10. Australijczyków teraz jest 20,4, a za dwa pokolenia ma ich być 28 milionów. Z kolei po drugiej stronie Oceanu Indyjskiego, w jakże biednym Mozambiku, teraz żyje tyle samo mieszkańców co w bogatej Australii, ale w 2050 roku ma być ich już 39,1 milionów. Relacja rośnie z 1:1 do 7:5.
      Ale i tu, i tam – i wszędzie – społeczeństwa będą się starzeć. Tak jak ludzie, tyle że w odróżnieniu od nich nie odejdą, ale pozostaną na miejscu, z wszystkimi tego konsekwencjami kulturowymi, społecznymi, politycznymi, ekonomicznymi i finansowymi. Pozostaną, ale niekoniecznie wszyscy tam, gdzie się rodzą, bo niektórzy masowo ruszą się z miejsca. Wtedy wszystkie te prognozy wezmą w łeb. Okaże się bowiem, że w połowie wieku mnóstwo mieszkańców Australii będzie się wywodzić w pierwszym i drugim pokoleniu ze wschodniej Afryki. Albo że miliony Japończyków będą miały pochodzenie pakistańskie. Albo że na polskich ulicach będzie dużo barwniej niż obecnie.
     Najszybciej starzeć się będą społeczeństwa najzamożniejsze. Przykładowo, już w 2030 roku w Niemczech będzie około 30 procent ludności w wieku ponad 65 lat. Za 30 lat w USA będzie tyle ludzi powyżej 85, co poniżej 5 lat. Ten proces już widać nie tylko w statystykach, ale wszędzie, chociażby na plażach południowej Florydy. Opalający się tam są coraz starsi i jeszcze starsi będą; na plażach w pobliżu Naples dziewczyny mają średnio po jakieś 70 lat...
     (…)

     Jakościowo odmiennie ludzie – jednostki i społeczeństwa – podchodzić będą do kwestii zatrucia środowiska, jego zaśmiecania i niszczenia. Nie tylko będą pełni deklaratywności w sprawie walki o jego czystość, ale będą to wymuszać realnie, poprzez swoje postawy i akceptowane już wtedy przez wszystkich bez mała zachowania. Będą to traktować tak jak obecnie palenie papierosów, a przecież stosunek do tej dewiacji zmienił się bardzo szybko, na przestrzeni zaledwie ostatnich paru dekad. Już widzimy symptomy rzeczonych zmian, ale za kilkadziesiąt lat będzie to epokowa różnica. Tak jak dzisiaj są kraje, w których ludzie nie wyobrażają sobie, że mogliby rzucić śmieć pod płotem sąsiada (niestety, są i takie, gdzie sobie to nie tylko wyobrażają), tak z biegiem czasu coraz więcej będzie takich ludzi – znowu, osób i narodów – którym przez myśl nie przejdzie, że można zanieczyszczać środowisko gdziekolwiek, u siebie czy u sąsiadów. Będą to wiekopomne zmiany kulturowe o daleko idących implikacjach ekologicznych i gospodarczych.
     Regulowany w pewnym zakresie będzie klimat, zmniejszając zagrożenie klęskami żywiołowymi, choć w najbiedniejszych regionach, zwłaszcza w subsaharyjskiej Afryce, niedostatki wody powodowane anomaliami pogodowymi mogą dokuczać dużo mocniej niż obecnie. Dający się za naszych czasów coraz bardziej we znaki efekt cieplarniany poddawany już będzie częściowej kontroli. Ku zadowoleniu co poniektórych spowoduje to także zmiany umożliwiające eksplorację złóż dotychczas całkowicie niedostępnych. W szczególności wskutek rozpuszczania się czapy lodowej na Oceanie Arktycznym, wokół bieguna północnego, możliwe (i opłacalne) będzie wydobywanie wielu surowców mineralnych. Amerykańska Służba Geologiczna szacuje, że aż czwarta część nieodkrytych jeszcze złóż surowców energetycznych tam właśnie leży.
     Na wszelki wypadek w brawurowej, a zarazem perfekcyjnej z technicznego punktu widzenia operacji Rosjanie spuścili dwa batyskafy o słusznej nazwie MIR – a więc i świat, i pokój – na dno oceanu, 4200 metrów poniżej bieguna,
i „wbili” tam swoją tytanową flagę. Podobnie jak Amerykanie w 1971 roku na Księżycu, tyle że stamtąd żadnych surowców i za lat sto nikt nie będzie przywoził, gdyż ani ich tam aż tak wiele nie ma, ani nie miałoby to ekonomicznego sensu, a nade wszystko dlatego, że nadal będzie to technicznie niemożliwe.
     Z Moskwy do San Francisco będzie się leciało półtorej godziny. Zarówno dojazd na lotnisko, jak i odprawa na lotnisku trwać będzie dłużej niż podróż przez dwa kontynenty i dzielący je ocean. Pięć-sześć godzin w drodze, półtorej w powietrzu i stratosferze. Miast kart kredytowych czy paszportów (te dalej będą, nie mniej ważne niż teraz) starczy dotknięcie palcem albo spojrzenie swoim okiem w spozierające na nas zewsząd oko elektroniczne. Umundurowani ludzie nadal też będą nam się przyglądać, a specjalnie tresowane psy nas obwąchiwać. Będą też elektroniczne psy, które może wąchać będą lepiej, ale już nic ponadto.
     Nie trzeba będzie pisać SMS-ów ani e-maili, bo wystarczy wypowiedzieć myśl, by ją przekazać do adresata. Ten natychmiast ją usłyszy albo zobaczy.
W domu będzie można obejrzeć każdy kiedykolwiek zrealizowany film czy też posłuchać nagrań koncertowych w najrozmaitszych wykonaniach poprzez wybór pożądanej pozycji na cyfrowej konsoli. Niekoniecznie trzeba będzie dotykać i naciskać, wystarczy powiedzieć, czego się chce. Stworzenie świata Haydna w wykonaniu English Baroque Soloists pod batutą Johna Eliota Gardinera – i już słychać. Czerwona pustynia Michelangela Antonioniego – i już można oglądać. Albo The Wall Pink Floyd – i już słychać i widać. Należność automatycznie zostanie ściągnięta z elektronicznego rachunku bankowego, więc nadal będziemy żyli w ułudzie, że to niby nic nie kosztuje.
     To wszystko dla jednych. Inni będą żyć w biedzie…