|
Daniel Koziarski |
Nowy początek
Mówią, że wszystko, co złe, kiedyś się kończy. Może mają czasami rację. Otrzymałem zawiadomienie od właściciela sklepu z zabawkami na Clapham Common, że moje podanie o pracę zostało rozpatrzone pozytywnie i od połowy lipca, czyli już za kilka dni, mógłbym zacząć pracę w charakterze jego asystenta. Nawet nie przeprowadził właściwej rozmowy kwalifikacyjnej - dumnie przyjąłem to jako wyraz odgórnego zaufania, wręcz rodzaj długu, który zamierzałem spłacić z odsetkami.
Cieszyłem się jak dziecko, że opuszczę Amdena (jak się ostatecznie okazało Pakistańczyka, nie Libijczyka, zresztą, jeden sort) - miałem dość tak jego samego, jak i jego zakichanej smażalni na Ealingu. Nędzna praca, w której nie miałem prawa zostać ani jednego dnia więcej, a tymczasem tygodnie przechodziły w miesiące, czyniąc mnie zakładnikiem upokarzającej rutyny. W dodatku codziennie spędzałem całą wieczność w autobusach - tak, oczywiście istniała podziemna alternatywa, ale ja panicznie bałem się podróży metrem, bo wydawało mi się potencjalnym celem ewentualnego zamachu terrorystycznego. Odnosiło się jednak wrażenie, że w tętniącym życiem Londynie nikt nie przejmował się wizją ataków. Być może niektórzy łudzili się, że otwarte dla wszystkich granice Anglii staną się paradoksalnie najlepszym gwarantem bezpieczeństwa wewnętrznego, a ludzie tacy jak Amden są naprawdę potrzebni poddanym Królowej do pełni szczęścia i dla gwarancji ich dobrobytu.
Prawda - przechodziłem do sklepu z zabawkami - mogłem sobie wyobrazić histeryczną reakcję matki na tego rodzaju informację, czy też szyderczy śmiech Dominika, ale w końcu najważniejsze było to, że po kilku miesiącach stagnacji czyniłem krok naprzód.
*
- Nie możesz mnie zostawić bez wypowiedzenia. - Amden pogroził mi palcem. - Jesteś złym człowiekiem...
- Wypowiedzenie? Od kiedy to przejmujemy się regulacjami? Ile razy prosiłem cię o rejestrację? I co, nadal jestem tu nielegalnie! Ja, Europejczyk! - Parsknąłem niewybrednym śmiechem. - Zapłać mi za ten tydzień i jesteśmy kwita... No, skoro tak przejmujesz się regu-lacjami, to możesz jeszcze dorzucić ekwiwalent urlopu. Ile to wypa-da... półtora dziennej stawki za każdy przepracowany miesiąc? Niech policzę...
- Co? Nie wypłacę ci tego wszystkiego... Nie w tej sytuacji!
Jego wielkie oczy nabrały demonicznego wyrazu. Jak w kalejdoskopie zobaczyłem w nich najgorsze sytuacje z okresu naszej współpracy, szczególnie zaś moment, w którym zrobił mi awanturę za to, że ośmieliłem się zmienić olej po dwóch dniach, zamiast - tak jak miałem to przykazane - po tygodniu.
- Za wykonaną pracę należy się wynagrodzenie - odrzekłem z naciskiem.
- Regulacje? Kogo obchodzą regulacje? Gdzie twoje wypowiedzenie? - Zaśmiał się, wręczając mi plik dwudziestofuntowych banknotów. - Ciesz się, że w ogóle coś dostajesz. Nie chcę cię tu więcej oglądać. Teraz wynoś się, nie mam czasu, robi się ruch.
Przeliczyłem pieniądze i stwierdziłem, że to tylko niecała połowa tego, czego od niego właściwie oczekiwałem.
- Nalegam... - syknąłem, wyciągając rękę. - Nie próbuj mnie okantować.
- Wynoś się - powtórzył ostro, a potem odwrócił się i odszedł na zaplecze, zostawiając mnie samego.
Jeszcze tego pożałuje - przyrzekłem sobie w duchu. Poszedłem pożegnać się z Li, ale ona, od czasu, kiedy zignorowałem ją w Chinatown, nie odzywała się do mnie prawie wcale, poza „służbową” płaszczyzną kontaktów. Być może nie powinienem być wobec niej wówczas szczery, mówiąc, dlaczego jej nie zauważyłem - choć dla mnie była to okoliczność usprawiedliwiająca, dla niej okazała się zwielokrotnieniem obrazy (na swoje usprawiedliwienie dodam, że każdy, kto oglądał jakiś film z gatunku martial arts, prędzej czy później pogubił się w tym, kto jest kto).
*
Właścicielem sklepu z zabawkami Super Toys był Brytyjczyk chińskiego pochodzenia, albo raczej Chińczyk z brytyjskim paszportem, który przedstawił się jako James, choć tak naprawdę nazywał się Pen Jakamoto. Trochę to wszystko skomplikowane, jego nazwisko brzmiało przecież jak wzięte z „Shoguna”, a ja spodziewałem się czegoś klasycznie chińskiego, w stylu Pink Ponga.
Oprowadził mnie po wszystkich pomieszczeniach sklepu włącznie z podzielonym na kilka sekcji magazynem, zapoznając z szerokim asortymentem, jaki znajdował się w ofercie. Do moich zadań należeć miały głównie: obsługa klientów, inwentaryzacja, przyjmowanie, metkowanie i oczywiście rozkładanie towaru na półkach - rzeczy niewybrednie oczywiste, przy wykonywaniu których mój dyplom był tak użyteczny, jak koło zapasowe w rozpędzonym samochodzie z niesprawnymi hamulcami.
Oprócz mnie w Super Toys pracowali także mój rówieśnik Marcin, pochodzący z okolic Olsztyna (wyglądał jak Moby), oraz niewiele od nas starszy Kameruńczyk Adu (niestety, ze zrozumiałych względów nie interesowało mnie, z jakiego regionu Kamerunu pochodzi - o Kamerunie nic nie wiem, w końcu kraj ten znany jest tylko z Rogera Milli, nie oszukujmy się).
Pomimo relatywnie niskiej stawki i nikłego prestiżu, szybko uznałem pracę za dość satysfakcjonującą, szczególnie że nie musiałem się tam wiele przemęczać, nierzadko spędzając czas na bezproduktywnych - aczkolwiek przyjemnych - dyskusjach z szefem i współpracownikami.
- „Made in China”, wszystko „made in China”, czy w ogóle gdzieś się jeszcze coś produkuje oprócz Chin?
- Ten temat musiałem naturalnie prędzej czy później poruszyć. - Te dzieciaki zaprzęgane siłą do pracy w nieludzkich warunkach, żeby tylko odłożyć pieniądze na psa...
- Nie rozumiem twojej uwagi. - Pan Jakamoto zmarszczył brwi.
- Nieważne, chodzi mi o to, że jeszcze niedawno „made in China” obniżało wartość rynkową produktu, powodowało grymas zażenowania na twarzy, a teraz przyjmuje się za coś zupełnie normalnego. Myślę, że fenomen Chin polega na tym, że przełamały w ostatnich latach tę barierę psychologiczną u ludzi, wchodząc we wszystkie strefy produkcji światowej - wyjaśniłem swój pogląd.
- To jakaś teoria spiskowa - odburknął. - Dlaczego sądzisz, że rzeczy z Chin były kiedykolwiek niższej jakości?
Pan Jakamoto uważnie lustrował mnie wzrokiem, a ja zastanawiałem się, czy to on jest w jakiś sposób przeczulony, czy też mój angielski sprawił, że sens wywodu został wypaczony, a przez to i intencja źle odebrana. Na szczęście on sam dyplomatycznie zmienił temat.
- Widzę, że żołnierzyki rozeszły się szybciej, niż się spodziewałem - stwierdził z uśmiechem zadowolenia.
- Ludzie tak mają, że zawsze wezmą coś za darmo, jeśli tylko im się zaproponuje, nawet jeśli naprawdę tego nie potrzebują - odrzekłem sucho. - Był tutaj taki dziadek z wnuczkiem i ja mówię: może żołnierzyk za darmo dla chłopczyka? Dziadek się uśmiechnął z aprobatą, wnuczek wziął w łapę, obejrzał ze wszystkich stron i odłożył, krzywiąc się. Dziadek zachęcał, ale wnuczek był uparty. No to dziadek sam wziął. Zapewne po to, żeby stawiając figurkę gdzieś w pobliżu pożółkłego albumu i czapki z odznakami, poczuć na nowo zew wojennej przygody, świst kul oraz jęk przyjaciela trafionego odłamkiem granatu. I jeszcze wziął dwa! Chciałem powiedzieć, że to promocja ograniczona, ale bałem się, że go rozgniewam. Wie pan, jak to jest ze starymi. Jeszcze mu się przypomni przydział jedzenia w obozie wojennym i...
- O czym ty, do cholery, mówisz?
Pan Jakamoto zawsze zachowywał spokój, ale tym razem jego twarz wyrażała najgorsze emocje - i właśnie ten widok człowieka zwykle opanowanego, który tracił nad sobą kontrolę, był sam w sobie czymś przerażającym.
- Tak sobie żartuję, proszę wybaczyć. - Pojednawczo wyciągnąłem dłoń w jego kierunku.
- A to dobrze. - Odetchnął z ulgą, ignorując jednocześnie mój gest. - Już myślałem, że rozdałeś za darmo całą partię żołnierzyków.
- Bo rozdałem... - Z trudem przełknąłem ślinę. - A żartowałem co do tego dziadka i jego wojennych reminiscencji...
- Miałeś je sprzedać, a nie rozdać! - Ukrył twarz w dłoniach. - Nie wierzę... Obudźcie mnie z tego złego snu!
- Powiedział pan, że to są sample - usprawiedliwiałem się. - A sample z założenia są darmowe.
- Może owszem, powiedziałem „sample”, ale miałem na myśli sample poszczególnych kolekcji, a nie żeby zaraz rozdawać wszystko za darmo! - Tracił panowanie nad swoim gniewem.
- Przepraszam - szepnąłem cicho.
Następnie skierowałem się do działu gier, żeby zająć się ich posortowaniem, uznając, że najlepiej będzie, jeśli po prostu zniknę mu z oczu, robiąc zarazem coś pożytecznego.
Kolejna partia sudoku. Pierdolone sudoku, nie wiem, co może być interesującego w układaniu liczb. Tymczasem okazało się, że jakaś tortura matematyczna urosła nagle do rangi narodowego hobby Anglików.
*
do ania.perucka2@wp.pl
od tomasz_pl@yahoo.co.uk
Droga Aniu,
Dotarło do mnie, że zwierzam się komuś, kogo tak naprawdę prawie wcale nie znam. Oczywiście, korespondujemy ze sobą od kilku miesięcy i znaleźliśmy co prawda wspólny język, ale nie da się ukryć, że schowani za parawanem bezdusznych kabli, jesteśmy sobie jednak obcy, niezależnie od tego, o jakich sprawach przychodzi nam pisać.
Tym bardziej dziękuję ci za zrozumienie i wsparcie. Nie wiem, czy miałbym tyle odwagi, żeby pisać o wszystkich swoich bolączkach komuś, kogo znam w sensie rzeczywistym.
Jesteś moim cichym sojusznikiem w tej prywatnej bitwie o Anglię. Obiecuję, że kiedyś ci to wynagrodzę. Tak jak Churchill wynagrodził wojenny trud Polakom.
Tomasz









1
2
4